Zapach rozkładającego się ciała, czyli o uciążliwych zapachach od sąsiadów

Czy wyobrażacie sobie, że mieszkacie w bloku, w którym z mieszkania sąsiada wydostaje się fetor przypominający zapach rozkładającego się ciała? Niektórzy z nas nie muszą odwoływać się do swojej wyobraźni, od wielu lat bowiem doświadczają tego problemu, nie mogąc zwalczyć śmierdzącego sąsiedztwa. Jak można sobie z tym poradzić?

Od razu powiemy, że sprawa nie jest prosta. Niestety, jak to bywa z uciążliwymi sąsiadami, w grę wchodzą nie tylko prawa i obowiązki wynikające z dzielenia wspólnej przestrzeni, ale również relacje sąsiedzkie, ludzkie odruchy, utrudniające podjęcie skutecznych, nie raz bardzo drastycznych kroków. Ale po kolei.

Dziś posiłkować się będziemy sytuacją naszej Czytelniczki, która ma do czynienia z sąsiadem zamieszkującym lokal razem ze swoją matką. Sądząc po wątpliwie przyjemnym zapachu oraz wyprawach prusaków spod drzwi delikwenta, narusza on zasady wspólnego pożycia lokatorskiego.

„[…] Doskwiera mi wszechobecny smród i robactwo, które notorycznie pojawia się w związku z brudem” – napisała do nas mieszkanka Bródna. – To smród, jakby się ciało rozkładało” –.

Rozmowa z sąsiadem

Tak, rozmowę z sąsiadami nasza Czytelniczka ma już za sobą. Niestety prośba o posprzątanie mieszkania, wyrzucenie starego, psującego się jedzenia, przyciągającego robactwo, zadbanie o posiadanego psa oraz o własną higienę osobistą nie przyniosła rezultatu.

Przypadek jest tym bardziej skomplikowany, że „aromatyczni” sąsiedzi mają orzeczenia o upośledzeniu umysłowym (w stopniu lekkim) i nie wykazują chęci współpracy, zatem próba rozmowy z nimi na temat problemu, jakim jest zaniedbanie mieszkania, które doprowadziło do zalęgnięcia się robactwa oraz powstania wstrętnego zapachu, spełza na niczym. 

Zgłoszenie do spółdzielni mieszkaniowej

Ten krok również Czytelniczka ma za sobą. Spółdzielnia w tej sytuacji jest, jak sama twierdzi, bezradna. Przedstawiciele spółdzielni poznali przypadek, otrzymywali zgłoszenia również od pozostałych lokatorów, niestety nie dysponują odpowiednimi narzędziami. Jedyne, co zasugerowali Czytelniczce, to wejście na drogę sądową z „trudnym” sąsiadem.

Prawo a uciążliwe sąsiedztwo

Zgodnie z art. 222 § 2 Kodeksu cywilnego „przeciwko osobie, która narusza własność w inny sposób aniżeli przez pozbawienie właściciela faktycznego władztwa nad rzeczą, przysługuje właścicielowi roszczenie o przywrócenie stanu zgodnego z prawem i o zaniechanie naruszeń” oraz przepisem art. 140 Kodeksu cywilnego, który wskazuje, „że w granicach określonych przez ustawy i zasady współżycia społecznego właściciel może, z wyłączeniem innych osób, korzystać z rzeczy zgodnie ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem swego prawa, w szczególności może pobierać pożytki i inne dochody z rzeczy. W tych samych granicach może rozporządzać rzeczą” nasza Czytelniczka zrobiła wszystko co mogła wobec uciążliwego sąsiada. Czyżby?

Zgodnie z art. 144 Kodeksu cywilnego, stosownie do którego „właściciel nieruchomości powinien przy wykonywaniu swego prawa powstrzymywać się od działań, które by zakłócały korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę, wynikającą ze społeczno-gospodarczego przeznaczenia nieruchomości i stosunków miejscowych”, wszyscy, którzy muszą zmagać się z uciążliwym sąsiedztwem, mogą wystąpić na drogę sądową. Nasza Czytelniczka z tej opcji nie skorzystała. Biorąc pod uwagę, że sąsiad naruszył przeznaczenie nieruchomości oraz stosunki miejscowe brakiem higieny, sprawa wydaje się być łatwa do wygrania, jednak, co dalej? Cóż, kto z Was w zaistniałej sytuacji skorzystałby z możliwości sądzenia się z własnym sąsiadem?

Zapraszamy do dyskusji.

JK

Joanka Karczmarczyk

Tekściara, mama, mieszkanka Targówka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.